Pożegnanie z Grecją nie obyło się bez nerwów. Przekroczenie granicy zajęło nam trzy godziny. Trzy godziny w pełnym słońcu. Idąc cały czas przy samochodzie opaliłam się bardziej niż po dwóch dniach na plaży. Grunt to odnaleźć plusy w każdej sytuacji.
To co nas zdenerowało to brak szacunku ludzi wobec innych. Wszyscy stoją w tym samym korku, ciągnie się on po horyzont. Każdy się do siebie uśmiecha solidaryzując się w niedogodnościach i nagle pod prąd jedzie samochód, wyprzedzając cały korek i wjeżdża na siłę przed pierwszy samochód przed bramkami.
Historie z granic, które przekraczamy zasługują na oddzielny post.
Otworzyliśmy kolejny rozdział - Albiania.
Zaraz za granicą należy odbić w lewo i pojechać w górę. Po ok 30 km dojeżdżamy do źródła Syri Kalter (Blue Eye). Miejsce niesamowite, kolorowe. Temperatura wody podobna do Morza Północnego. Boli, gdy się do niej wchodzi. Po kilku minutach można stracić czucie w palcach u stóp.
Dojechaliśmy do Beratu. To co przeżyliśmy po drodze na długo zostanie w naszej pamięci. Po kilkudziesięciu kilometrach trasy Grzegorz pochwalił jakość dróg w Albanii. Jego radość trwała jednak chwilę, ponieważ zjechaliśmy z głównej drogi i zaczęła się przygoda. Asfalt, smoła, urwiska i zapadnięte fragmenty drogi towarzyszyły nam przez kolejnych 40 km. Stracilismy nadzieję, że uda nam się dziś dojechać. Gdyby nie odzyskana dziś godzina, byłoby ciężko.
Czym byłyby wyjazdy bez przygód jak te.
Dziś śpimy w namiocie. Obok chodzą żółwie a przed wejściem do namiotu rośnie limonkowe drzewo. Jest ciepło, temperatura w Albanii to ok. 33-35 stopni. Cytując "Czuje dobrze człowiek".
A jutro? Zastanawiamy się na ile wystarczy nam cierpliwości do albańskich dróg. Plan jest ambitny, są w nim wodospady i kanion. Zobaczymy, na ile uda nam się go zrealizować.